Tanzańska miłość od pierwszego oddechu
Samolot powoli ruszył. Uwielbiam ten moment, kiedy nabiera prędkości i unosi się w górę. A kiedy już zawisa spokojnie w powietrzu, a silniki zaczynają pracować jednostajnie, otulam się kocem, nakładam słuchawki i zatapiam się w swój świat.
Kiedyś pisałam. Wszędzie. Żeby wyrzucić z siebie ból, żeby nie krzyczeć. Zawsze miałam przy sobie notatnik i długopis. A potem nagle przestałam. Nauczyłam się żyć z tym bólem, który kiedyś rozrywał mnie od środka i zmuszał do wyrzucania słów. Nawet listy do Mamy przestałam pisać.
Wyrwałam się z rozmyślań, gdy podeszła stewardessa z napojami. Wzięłam sok jabłkowy – w Emirates mają najlepszy sok jabłkowy – uśmiechnęłam się do siebie.
Za kilka godzin Tanzania.
****************************
W połowie kwietnia 2009 roku po raz pierwszy wylądowałam w Tanzanii. Sama. Nikt na mnie nie czekał, nikogo tu nie znałam. I prawie nikt nie wiedział, że się tu wybieram.
Nie ogłaszałam tego światu. Bałam się komentarzy o kolejnych fanaberiach. “Jadę do Tanzanii po diamenty” – nawet w głowie brzmiało absurdalnie.
Tak po prostu wyszło. Wcześniej przygotowywałam się do Sierra Leone, potem miała być Republika Środkowoafrykańska, a ostatecznie kupiłam bilet do Tanzanii. Zero pojęcia o kraju. Szczerze mówiąc, w tamtym momencie nie bardzo odróżniałam Tanzanii od Tasmanii – obie były równie dalekie i równie nieznane. I daję głowę, że większość z Was wtedy też nie bardzo potrafiła umiejscowić Zanzibaru na mapie.
Tanzania to moja miłość od pierwszego oddechu. Dosłownie – od pierwszego zaciągnięcia się tym specyficznym powietrzem. Zapach palonych śmieci i węgla, gorąco, gwar ulic, kurz w ustach. Tęsknię za tym za każdym razem kiedy wyjeżdżam. Ale to trudna miłość.
Pierwsze wrażenie było kłamliwe. Nie dajcie się zwieść, kiedy przylatujecie tu pierwszy raz.
Z każdym kolejnym przyjazdem, z każdym miesiącem otwierały się następne drzwi – pokazywały coś zupełnie nowego, o czym nie miałam wcześniej pojęcia. I tak zostało do dziś. Co rusz nowe oblicza.
Te piętnaście lat bardzo zmieniło moje wyobrażenie o Afryce i o świecie. I nie wiem, czy zdecydowałabym się jeszcze raz na taki krok, wiedząc co mnie czeka.
****************************
Ale nie przyjechałam tu jako turystka zachwycona plażami Zanzibaru. Nie przyciągnęła mnie miłość do Masajów ani fascynacja dziką przyrodą. Przyjechałam, bo musiałam. Bo był moment w życiu, kiedy albo robisz krok do przodu, albo zostajesz tam gdzie jesteś. I zostawanie nie wchodziło w grę.
Byłam na etapie szukania – siebie, sensu, miejsca na ziemi. Opuściłam Polskę, ale nie było tak, że spakowałam walizki i wszystko zostawiłam. Wzięłam jedną torbę. Miał to być wyjazd na dwa tygodnie. Pierwsza była Szwajcaria, potem Dubaj – błyszczący, bezpieczny, poukładany. I po tym błyszczącym Dubaju lądowanie w Tanzanii było szokiem.
Tuż po wyjściu z samolotu do dusznego, nieklimatyzowanego terminala – zatłoczonego, głośnego, chaotycznego – miałam ochotę wbiec po schodach z powrotem i wsiąść do samolotu. Każdemu pasażerowi sprawdzano najpierw żółtą książeczkę szczepień, potem kolejna długa kolejka po wizę. Spędziłam ponad godzinę, zanim wyszłam z pieczątką i walizką. A na zewnątrz kolejny szok – tłumy lokalnych kierowców przekrzykujących się nawzajem, żeby złapać klienta. Nie lubię tłumów. Przejazd przez Dar es Salaam – zakorkowane ulice, sprzedawcy wszystkiego, dzieci i starcy proszący o pieniądze, dopadający samochód przy każdym postoju. Byłam przerażona.
Spędziłam w Dar es Salaam kilka dni. Większość czasu zajęły mi spotkania – nie przyjechałam tu turystycznie. Ale w wolnych chwilach próbowałam uchwycić to pierwsze spojrzenie w fotografiach. Tanzania nie była piękna ani miła. A mimo to jakoś zapadła mi w serce. Są takie miejsca, które wołają cię z powrotem. Kiedy po kilku dniach leciałam do domu, wiedziałam już – będę tęsknić.
Tanzania nie była szkołą z wyboru. Ale uczyła – pokory, cierpliwości, czekania. I płaciłam za tę naukę wysoko. Ile łez, ile momentów, w ktorych myślałam, że się nie podniosę…
I szczerze? Nie wiem, czy zdecydowałabym się jeszcze raz, wiedząc co mnie czeka. Ale nie żałuję. Tego nauczyłam się w podróży – nie żałować. Iść dalej.
O tym, co było po drodze – następnym razem.